Może kiedyś po latach |
Ostatnio dodane
Logowanie
| "Parno" |
|
|
|
| Prace archiwalne - Dojrzałość | |
| Wpisany przez "Parno" | |
|
Moja dziewczyna... pierwsza i jedyna dziewczyna była piękna, miała w sobie coś z Południa i melancholii Wschodu. Moja dziewczyna była Cyganką. Siedzieliśmy kiedyś w towarzystwie pewnej dziewczyny tuż przy brzegu skarpy i rozmawiałem. O czym? Nie pamiętam. Niespodziewanie zjawiły się dwie Cyganki — brzydka starucha o pomarszczonej twarzy i młoda, piękna, może siedemnastoletnia dziewczyna. Starsza cyganka zaczęła wróżyć, młoda przysiadła przede mną patrząc mi w oczy. „Powróżysz mi?" - spytałem. „Nie - odpowiedziała. — Masz dziwne oczy — dodała po chwili. Nigdy takich nie widziałam". Tymczasem starucha skończyła wróżyć. Podnosząc się, spojrzała na mnie i rzekła łamaną polszczyzną: „Oj, chłopak, chłopak, zabierze twoja serca czyrne cygańska dziewczyna, zostawisz wszystko i pójdziesz w świat za cygański tabor jak Cygan włóczęga ale nie będziesz, szczęśliwy. Aj, biedny ty, aj, biedny!” Poszły. Młoda cyganeczka pokiwała mi jeszcze ręką i zniknęły tak szybko, jak niespodziewanie się zjawiły. Od tego dnia stało się z mną coś dziwnego. Byłem niespokojny smutny i rozdrażniony. Po tygodniu spotkałem „moją" Cygankę na bazarze, była ze swoją matką. Zaprosiła mnie do siebie do domu. Okazało się, że mieszkają w naszym mieście na stałe, tylko kitem wyjeżdżają na dwa-trzy miesiące na włóczęgę. Poszedłem do nich raz, drugi. Wbrew panującym przesądom okazali się ludźmi bardzo gościnnymi i serdecznymi. Nie ukrywali przede mną żadnych szczegółów z cygańskiego życia. Poznałem ich obyczaj, tradycje. Malina - takie imię nosiła - okazywała mi dużo szacunku, jaki kobiecie dla mężczyzny nakazuje cygański obyczaj. Ukończyła zaledwie sześć klas szkoły podstawowej, zapisałem ją więc do szkoły dla pracujących. Była bardzo zdolna, łatwo pojmowała zadawane lekcje, tylko czasami pomagałem jej w polskim. Znalazłem jej pracę, przestała już chodzić ,,za wróżbą". Za pierwsze zarobione pieniądze kupiła materiał na sukienkę poszliśmy razem z jej bratem, Borysem, do krawcowej. Od tego czasu Malina zaczęła się ubierać jak nasze dziewczęta. Powiedziała mi kiedyś: „Ty, Polak, wasze dziewczęta elegancko się ubierają, ja też tak chcę chodzić ubrana". „Dlaczego?" - spytałem. „Żeby ci się podobać, chociaż ty biały, a ja czarna Cyganicha". W jej pięknych oczach, pełnych w tej chwili uległości i oddania, po raz pierwszy zobaczyłem łzy. Poczułem się jakoś dziwnie, wyciągnąłem rękę i niespodziewanie dla samego siebie przytuliłem ją. Minęła jesień, przyszedł grudzień, zbliżały się święta. Przez te kilka miesięcy nauczyłem się jej języka, zostałem przyjęty do jej grona. Cyganie zaczęli uważać Dano mi cygańskie przezwisko „Parno" - po polsku „Biały". Na Sylwestra zabrałem magnetofon, butelkę wina i poszedłem do Cyganów. W domu powiedziałem, że idę na prywatkę. O północy - cygańskim zwyczajem tłukliśmy o podłogę butelki, talerze — na szczęście. Mój i Maliny Malina życzyła mi, aby spełniła się letnia wróżba starej Cyganki, z tym jednak, żebym był szczęśliwy. Ten sam sens zawierały życzenia jej rodziców i braci. Widzieli we mnie przyszłego zięcia i szwagra. Zaczęliśmy razem chodzić do kina, do kawiarni, ukrywając się przed innymi Cygankami. Elegancko ubrana Malina wyglądała raczej na Hinduskę lub Greczynkę, koledzy mi zazdrościli. Byliśmy obydwoje szczęśliwi, ale do czasu. Stało się bowiem to, czego najbardziej się bałem. Kiedyś spotkałem na targu matkę mojej dziewczyny, robiła zakupy. Pomogłem jej przytrzymać siatkę, potem odprowadziłem do tramwaju, niosąc za nią koszyk. Nie podobało się to niektórym „stróżom moralności". Ktoś „życzliwy" doniósł o tym mojej matce. Nie pomogły tłumaczenia, zostałem wyrzucony z domu wśród krzyków i łez matki. Poszedłem.., do mych przyjaciół Cyganów. Malina płakała. „Ja chcę, żebyś był szczęśliwy. Mogę cię nie widzieć, ale chcę, abyś był szczęśliwy. Ty jesteś biały i powinieneś mieć białą żonę. Chcę tylko twego szczęścia". Przez całą noc słyszałem jej szloch... A mnie było żal i dziewczyny, i domu. Przerwałem naukę w szkole, nie miałem bowiem ani książek, ani zeszytów, które zostały w domu. Ogarnęła, mnie apatia, mimo wszystko odczuwałem tęsknotę za domem. W czerwcu Malina skończyła szkołę, dostała świadectwo ukończenia szkoły podstawowej. Sprawdziły się też słowa starej Cyganki — poszedłem w świat za cygańskim taborem. Wszyscy Cyganie z naszego taboru uważali mnie za oficjalnego narzeczonego ich siostrzycy. Chcieliśmy pobrać się na jesieni, w związku z czym zacząłem po wsiach i miasteczkach (wraz z Bo-rysem) sprzedawać patelnie, aby zarobić na wesele. Pewnego razu na wieczornym postoju stara Cyganka Jagori wróżyła nam z ognia. „Zły znak — powiedziała — wasze płomienie rozchodzą się, rozejdą się wasze drogi, aby kiedyś po latach znów się spotkać..." Nie wierzyliśmy — przecież to zabobon. We wrześniu przyjechaliśmy z powrotem do naszego miasta. Długo musiałem tłumaczyć mojej narzeczonej i jej rodzinie, że warto się uczyć, że poprzez naukę człowiek odkrywa drogę do świata. Nie powiedziałem nic odkrywczego, ale zwyciężyłem. Zapisaliśmy się do liceum korespondencyjnego. Pod koniec miesiąca zadzwoniłem do domu. Telefon odebrał starszy brat. Umówiłem się z nim na następny dzień. Przyszedł z matką. Płakała, prosiła, żebym wrócił do domu. Zgodziłem się pod warunkiem, że będę mógł spotykać się z Maliną. Przyrzekła, no i wróciłem... O naiwności młodego, niedoświadczonego człowieka! Skoro tylko znalazłem się w mieszkaniu, zamknęły się za mną 'drzwi. Prawie cały miesiąc nie wypuszczano mnie z domu! Ileż w tym czasie doznałem upokorzeń, ileż przekleństw spadło na moją głowę. Przez miesiąc domowego aresztu otępiałem, nie jadłem i nie spałem z tęsknoty za ukochaną. Nie miałem dla kogo żyć, nikomu nie byłem potrzebny. Do szkoły znowu nie chodziłem. Było mi wszystko jedno, zdarzały się momenty, że chciałem umrzeć. Straciłem zaufanie do wszystkich — ojca, matki, braci... Nie miałem komu się wyżalić. Moja korespondencja była kontrolowana przez rodziców. Nareszcie wypuścili mnie. Zacząłem pracować jako robotnik. Ukradkiem spotykałem się z Maliną. Jakże radosne było nasze spotkanie po tak długiej rozłące. Ileż wzruszenia, łez, uścisków! Znowu zabłysło dla mnie szczęście. Cóż, kiedy nie na długo... Znów ktoś „życzliwy" doniósł „szacownej rodzince", a ta wpadła w szał. „Życzliwy" wskazał mojej matce Cyganichę, która zabrała jej syna. Rodzicielka pobiła ją na ulicy, a na drugi dzień poszli z ojcem do domu Maliny. I ci, inteligentni przecież ludzie, wyzwali porządnych Cyganów w taki sposób, którego nie powstydziłby się najzagorzalszy rasista. Prawdę powiedziała cygańska wróżba! Nie zobaczyłem już więcej mojej ukochanej Maliny. W sześć miesięcy od owego fatalnego dnia spotkałem jej brata Miklosa. Miał w oczach łzy. Opowiedział, co stało się ?. siostrą. Malina po owym zdarzeniu w oczach całego cygańskiego szczepu była zhańbiona. Wydano ją więc czym prędzej za mąż, gdy tylko zjawił się kandydat. Był nim starszy, bogaty Cygan z innego szczepu. Dziewczyna nie chciała. Topiła się. Odratowano ją i urządzono wesele. Mąż wywiózł ją szybko w nie znane miejsce. Od tego czasu żyję jak we śnie. Nie lubię zabawy, muzyki... Moi rodzice powiedzieli, że Cyganie zabrali im syna. To nieprawda! Oni sami mnie stracili, bo weszli brutalnie w moją miłość. Zniszczyli moje życie, złamali na zawsze, a mam dopiero dwadzieścia lat.
|



