Może kiedyś po latach |
Ostatnio dodane
Logowanie
| "Pierwsza miłość' |
|
|
|
| Prace archiwalne | |||
| Wpisany przez "Kuba" | |||
|
Miałem wtedy siedemnaście lat i nigdy jeszcze w swym dotychczasowym życiu nie pocałowałem żadnej dziewczyny. Liceum ogólnokształcące w moim miasteczku słynęło na całą okolicę z koszarowej niemal dyscypliny. Nosiliśmy obrzydliwe, płaskie czapki i mocno przyszyte (sprawdzano codziennie) do rękawa tarcze. Kilka razy w roku (przeważnie z jakiejś okazji) urządzano nam tzw. wieczorki taneczne. W odświętnie udekorowanej sali gimnastycznej orkiestra grała skoczne melodyjki (broń Boże tango), a pod ścianami rozpierali się członkowie komitetu rodzicielskiego i profesorowie wyznaczeni do pilnowania porządku. Po sali krążyła z kijem lub linijką nauczycielka łaciny — stara panna — i upominała od czasu do czasu tańczące pary, jeżeli partnerzy śmieli się nieco do siebie zbliżyć. „Pamiętajmy o odległościach... najmniej trzydzieści centymetrów..." — mówiła gderliwie. To były lata 1956—1957. Kiedy opowiadałem to później, będąc już na studiach, nikt nie chciał wierzyć. Nie mam powodów do blagowania, pamiętają to na pewno moi koledzy z liceum. Po takim wieczorku wracało się do internatu z przepoconą koszulą (znowu pranie w zimnej wodzie) i z jakimś dziwnym niesmakiem. Kładł się człowiek na skrzypiącym łóżku i myślał, żeby spotkać dziewczynę, która będzie zupełnie inna od tych zapraszanych na wieczorki i dziewczynek z warkoczykami, w białych bluzkach, marzących o karierze aktorek. Dlaczego o tym piszę? Chcę pokazać, jak myślałem mając lat siedemnaście i maturę w kieszeni. Niby byłem dojrzałym człowiekiem, a przecież moja wiedza o życiu niewiele wybiegała poza wszystkie mądrości z podręczników szkolnych. Żółtodziób. Właśnie taki zjawiłem się pierwszego października na rozpoczęcie studiów w dużym mieście wojewódzkim. Taki — to znaczy odbijający nawet krojem świątecznego garnituru (krawiec w naszym miasteczku zawsze wysłuchiwał cierpliwie wszystkich uwag klienta, a później szył, jak sam uważał), nieśmiały, nastroszony. Po kilku dniach onieśmielenie minęło, nawiązałem pierwsze znajomości, rozpoczęła się nauka. O ile potrafiłem się jakoś przystosować do nowych warunków, o tyle w dalszym ciągu wydawało mi się rzeczą wprost niemożliwą, żebym tak samo jak inni moi koledzy mógł zaczepiać na korytarzu koleżanki z roku i rozmawiać nie tylko o ostatnich wykładach. Moje licealne wychowanie i wskazówki profesorki z kijaszkiem w ręku działały jeszcze z przemożną siłą. Nie bardzo wiedziałem, jak przełamać w sobie tę głupią nieśmiałość. Prosić któregoś z nowych kolegów, żeby pomógł? Tego bałem się najbardziej. Nie daliby mi później spokoju. Okazja nadarzyła się sama. Siedziałem kiedyś w bibliotece uniwersyteckiej chyba już cztery godziny. Zmęczony, zostawiłem na chwilę rzeczy i wyszedłem do hallu zapalić papierosa. Wtedy podeszła do mnie jakaś dziewczyna. „Czy możesz mnie poczęstować? Nie chce mi się lecieć do kiosku, zresztą szkoda czasu, bo zaraz chyba zamykają czytelnię..." Niezgrabnie podałem jej papierosa i ogień. Miała wysoko spięte w kok włosy i trochę piegowaty nos. To było chyba wszystko, co zdążyłem zauważyć. „Czy wiesz, jak cię na roku nazywamy?" „To ty jesteś z mojego roku?" — zdziwiłem się, bo jakoś nie pamiętałem jej twarzy. ,,Z księżyca spadł" — parsknęła śmiechem. „No, ale czekaj. Muszę ci przecież powiedzieć, jak brzmi twoje nowe miano. Mruk — fajnie?" Wzruszyłem ramionami. „Ale dlaczego mruk?" — zapytałem. „Dlaczego i dlaczego... — zdenerwowała się dziewczyna. — Właśnie dlatego, że nawet nie znasz kolegów z roku i unikasz wszystkich, jakbyś się bał usta otworzyć". Nie bardzo wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Na szczęście zabrzmiał dzwonek wzywający do opuszczenia biblioteki, pobiegliśmy więc oboje pozbierać ma-natki. W szatni podałem jej płaszcz i nagle sam nie wiedząc skąd mi się wzięło tyle naraz odwagi, zaproponowałem: „Odprowadzę cię do domu, jest już ciemno..." „Wypadałoby... — Dziewczyna parsknęła śmiechem, a potem wyciągnęła rękę. — Może jednak przedtem poznamy się? Nazywam się Katarzyna i jestem twoją koleżanką z roku, czego dotąd łaskawie nie dostrzegłeś". „Kuba" — burknąłem pod nosem zły, że wciąż się ze mnie śmiała. Wyszliśmy. Dobrze, że było ciemno i nie dostrzegła, jak gwałtownie się zaczerwieniłem, kiedy swobodnie wzięła mnie pod rękę. Jakby na złość wróciła do poprzedniej rozmowy. „Dlaczego jesteś taki mruk?" „Teraz, znowu ty z tym dlaczego... taki już jestem i nic na to nie poradzę". „No więc słuchaj. Pewnie nie wiesz jeszcze o tym, że jutro jest wieczorek zapoznawczy wszystkich studentów z pierwszego roku". O wieczorku wprawdzie słyszałem, ale zbyt wiele sobie po nim nie obiecywałem. Zastanawiałem się zresztą, czy w ogóle warto się wybrać. Nie należałem przecież do najtęższych tancerzy, poza tym smutne refleksje budził we mnie mój garnitur. Kiedy jej powiedziałem, że słabo tańczę, zaproponowała zupełnie poważnie, że jutro mnie podciągnie. Następnego dnia ganiałem po wszystkich piętrach w poszukiwaniu żelazka. Już po południu było wszystko przygotowane na medal. Ostro zaprasowane kanty spodni, według zapewnień kolegów z pokoju, mogły przeciąć w połowie każdą muchę, która by nieopatrznie na nich siadła, w wypucowanych do pełnego połysku butach lśniło tysiące słońc. „Kubuś, nawet królowa angielska nie oparłaby się twojej elegancji..." — żartowali koledzy. Żegnany tego typu okrzykami pognałem chyba godzinę wcześniej na umówione spotkanie. Po drodze kupiłem jeszcze od starej babci bukiecik fiołków. Była punktualna. „Długo czekasz? Śliczne fiołki... naprawdę dla mnie?" Kiedy się śmiała, na policzkach robiły się jej dwa dołeczki. „Katarzyno, wyglądasz jak..." „Jak co? No, wykrztuś z siebie wreszcie..." Wciąż śmiała się. „No idziemy" — wzięła mnie pod rękę. Pamiętam pierwszy taniec. Grali jakieś włoskie tango. „A widzisz, niedźwiedziu, że jednak potrafisz tańczyć..." To był pierwszy wieczór, w niczym nie przypominający tamtych z liceum. Tańczyliśmy tylko razem, a Katarzyna z każdą chwilą wydawała mi się coraz piękniejsza. Opowiadałem jej o swoim miasteczku, o swoich planach. Dziwiło mnie to, bo przecież nigdy i nikomu jeszcze dotychczas w ten sposób się nie zwierzałem. Potrafiła słuchać. Kiedy odprowadzałem ją później do domu, wieczór był piękny i gwiaździsty (wysoka noc — mówili u nas w miasteczku). Coś mnie rozsadzało, coś śpiewało we mnie. Może to głupie, co piszę, ale chyba wtedy zrozumiałem, że Katarzyna nie tylko mi się podoba. To było chyba coś więcej. Umówiliśmy się na następny dzień do kina. Odtąd już każdego dnia, zaraz po zajęciach, chodziliśmy na długie spacery do parku z kasztanową aleją. To tam właśnie na pociętej inicjałami starej ławce pierwszy raz ją pocałowałem. W gardle dusiły słowa, które koniecznie chciałem jej powiedzieć, nie wiedziałem, że można być aż tak szczęśliwym. Kładła mi na usta palec. „Nie mów nic, głuptasie..." — mówiła. „Dlaczego głuptasie?" — oburzałem się. Chwytając się za ręce biegaliśmy po alejach parku zupełnie jak małe dzieciaki. „Masz, takie brązowe oczy" — mówiła i biegliśmy dalej ku zgorszeniu odpoczywających na ławkach starszych pań. „Wstydu nie mają... ta dzisiejsza młodzież jest okropna" — leciały za nami oburzone okrzyki. Złościło mnie to, bo zupełnie nie rozumiałem, czego taka zasuszona mumia chce od nas. Cóż w tym złego, że biegaliśmy trzymając się za ręce? „Nie masz większych zmartwień" — mówiła Katarzyna, wichrząc mi i tak zawsze rozczochraną czuprynę. Miałem. Nad moją głową zbierały się czarne chmury. Bez przesady. Zaniedbałem się w nauce i oblałem dwa wstępne zaliczenia do egzaminów. Na pierwszym roku to koniec. Musiałem zrezygnować z dalszej nauki. Dziekan miał obłudnie smutną minę życząc mi pomyślnych wyników w roku przyszłym, a mnie jak szczeniaka dławiły z trudem ukrywane łzy. „Przez własną głupotę" — skarciłem siebie w duchu. Katarzyna zdała. Ja musiałem wracać do swego miasteczka, przynajmniej na pół roku. Odprowadziła mnie na dworzec, spuchnięta od łez, wyrzucając sobie, że nie potrafiła mnie dopilnować. Nie zapomnę nigdy, jak stała na peronie, żałośnie mała — zupełnie jak skrzywdzona dziewczynka. Pierwszy miesiąc po przyjeździe do domu chodziłem prawie nieprzytomny. Gdyby nie listy od Katarzyny, które listonosz nieomal codziennie przynosił, sam nie wiem, jak by się to skończyło. Zacząłem pracować w miejscowej szkole. Dni wypełnione poprawianiem zeszytów z oślimi uszami, wieczory — przygotowywaniem się do powtórnego egzaminu. Praca i nauka pochłaniały sporo czasu. Szarość dni rozjaśniały regularnie przez listonosza przynoszone listy ze znanym charakterem pisma. We wszystkich było to samo. Trochę nowinek z uniwerku, poza tym wciąż powtarzające się słowa: „kocham", „czekam"... Listy zaczęły nadchodzić jednak coraz rzadziej. Zmienił się też nieco i ich ton. Zapracowany, nie zwracałem początkowo na to uwagi. Później jednak gdzieś w głębi duszy zaczął kiełkować strach. Byłem już prawie pewien, że pewnego dnia przyjdzie ten list i wszystko, co było dotychczas, stanie się nieważne. Dostałem ten list. Zupełnie jak w kiepskiej powieści. Pisała, że w tyciu każdego człowieka zdarzają się jakieś pomyłki i że przechodzi się to jak dziecięcą chorobę... Rzuciłem pracę. Rodzice myśleli, że jestem chory, nie wiedzieli, jak mi pomóc. W miesiąc później zgłosiłem się do Wojskowej Komendy Rejonowej. Gruby sierżant spoglądał na mnie podejrzliwie. ,.Ochotnik? Po maturze możecie składać podanie do szkoły oficerskiej". ..Chcę do normalnej służby". ,.Nic podoba się wam zawód oficera?" ,,Powiedziałem już, że chcę do normalnej służby..." „Wasza wola. A z humorków to w wojsku wyleczą" — mruknął jeszcze zjadliwie, kiedy zamykałem za sobą drzwi. W kilka tygodni później, żegnany przez nic nie rozumiejących z tego rodziców, wyjechałem z miasteczka. Dwa lata służby minęły prawie niepostrzeżenie. Zajęcia, praca, unormowany i zaplanowany każdy dzień niewiele zostawiały czasu na rozmyślania. Sądziłem, że to wystarczy, by zapomnieć. Nie mogłem. Po dwóch latach z bijącym głupio sercem wysiadłem na dworcu miasta, w którym mieszkała Katarzyna. Przez trzy dni łaziłem śladami naszych dawnych wędrówek. Aleja kasztanowa w starym parku, staw z liśćmi... wszystko było takie samo jak kiedyś. Wyjechałem z mocnym postanowieniem, że nigdy już tam nie wrócę. Pracowałem, uczyłem się. Czas zacierał kontury wspomnień...
|



