Może kiedyś po latach |
Ostatnio dodane
Logowanie
| Zazdrość |
|
|
|
| Prace archiwalne | |
| Wpisany przez "Amus" | |
|
W kawiarni było prawie pusto, gdy Piotr zalicytował szlema bez atu. Zbliżaliśmy się właśnie do momentu impasu, gdy do kawiarni weszła ona. Spojrzałem i nagle ukłuły mnie te dwa czarne węgielki spod ciemnych brwi. Nagle Piotr rzucił karty na stół i powiedział, że pójdzie do tej dziewczynki, która mogła sobie liczyć wtedy najwyżej lat szesnaście. Po chwili widzieliśmy wszyscy, jak Piotr grał z nią w warcaby. Podobała mi się, ale byłem za nieśmiały, żeby nawiązać z nią jakiś kontakt, chociażby tylko rozmowę. Zdecydowałem się wreszcie podejść do nich. Dziewczynka bardzo słabo grała w warcaby, pomogłem jej wygrać partię i obojętnie ruszyłem do domu. Minęło pół roku, Piotr poszedł do wojska. Rzecz zrozumiała, że korespondowaliśmy ze sobą, łączyła nas serdeczna przyjaźń. I on właśnie zakochał się w Marii, owej dziewczynce z kawiarni. Nadszedł czas, że i mnie powołano do służby wojskowej. Gdy otrzymałem urlop, odwiedziłem Piotra. Był chory. Zapytałem go, jak się układa ta jego miłość. Zirytował się i odrzekł: „Próbowałem dać jej z siebie wszystko, a ona postąpiła ze mną jak z psem..." Tu rzucił kilka soczystych epitetów. „Może ja do niej napiszę?" — zapytałem. Piotr zgodził się. Napisałem bardzo oryginalny list, akcentując, że interesuje mnie poezja, że widziałem ją przed czterema laty, właśnie w tamtej kawiarni, że pomogłem jej wygrać partię warcabów. Chyba list mój był rzeczywiście oryginalny, gdyż w niespełna trzy dni otrzymałem odpowiedź. Przyznam się szczerze, że zaskoczyła mnie, była niezwykle ciekawa i widać było wyraźnie, że ponad wszystko przekłada poezję. Maria była na pierwszym roku medycyny. Czułem wobec niej kompleks niższości, ponieważ prawie nie posiadałem wykształcenia. Dziesięć klas szkoły ogólnokształcącej, ukończonej gdzieś tam przed ośmiu laty, było prawie niczym, toteż nie zdradzałem się z tym przed Marią. W korespondencji wymienialiśmy swoje spostrzeżenia, swoje pragnienia, poglądy; wreszcie przysłała mi kiedyś swój wiersz, a potem fotografię. Nie śmiałem Jej wyznać swego uczucia, ona zrobiła to pierwsza w jednym z listów. Gdy otrzymałem następny urlop, pojechałem do domu. Panują w moich stronach obyczaje, że w pierwszy dzień Wielkiej Nocy nie wypada składać wizyt nawet znajomym. Ja jednak postanowiłem już w pierwszy dzień świąt odwiedzić Marię. Mój „nietakt" polegał również i na tym, że Maria nie była katoliczką, lecz wyznania prawosławnego, a rzadko, kiedy ludność mniejszości białoruskiej obchodziła święta razem z Polakami. W milczeniu patrzyliśmy sobie w oczy. Nie przypuszczałem, że Maria jest taka drobna. Gdy dotknąłem ją ręką, drżała. Pocałowaliśmy się. Maria wywarła na mnie głębokie wrażenie. Nie ma co, zakochałem się jak sztubak. Listy jej zaczęły trafiać i na poligon. Były czymś, co naprawdę podtrzymywało mnie na duchu w ciężkiej służbie wojskowej. W lipcu miała egzaminy. W sierpniu otrzymałem miesiąc urlopu, tak że przez dziesięć dni mogliśmy być razem. W pierwszy dzień przyjazdu Maria mi się oddała. Leżeliśmy przez dłuższy czas na sianie w stodole, w domu nie było nikogo. W sobotę przyjechałem ponownie, ale w pół godziny później przyjechał i Piotr. Pozostawiłem ich oboje nad brzegiem Bugu, aby mogli wyjaśnić sobie do końca jakieś dawne sprawy, a sam wskoczyłem do rzeki i przez dobre pół godziny pływałem. Piotr próbował przekonać Marię, że ją kocha. Z daleka widziałem, że miał łzy w oczach. Poszliśmy z Piotrem do gospody i kupiliśmy po butelce jakiegoś lepszego wina, które wypiliśmy w rodzinnym gronie Marii. Matka Marii próbowała pocieszyć Piotra. Zapamiętałem tylko, jak mówiła: „Panie Piotrusiu, niech pan zostanie u nas na zabawie, na pewno znajdzie pan sobie dziewczynkę, nie ma co rozpaczać". Widziałem, że Piotr jest załamany. Tego wieczoru odbyła się zabawa nad Bugiem. Piotr wyjechał, zostałem sam. Był początek września, ale mogliśmy się jeszcze kąpać. Czułem, że nigdy w życiu nie było mi tak dobrze jak teraz, gdy byłem z nią. Pomagałem jej matce nosić wodę z odległej studni, wsłuchiwałem się w białoruską mowę podczas rozmów jej rodziców, a któregoś dnia zacząłem zwozić z pola zboże, czego jeszcze nigdy w życiu nie robiłem. Wreszcie zaprosiłem Marię do siebie. Rodzice nie pozwolili jej jednak na to, aby odwiedziła dom chłopca, o którym nic nie wiedzą. Któregoś dnia spytali nawet Marię, ile mam klas, na co odpowiedziała, że maturę, bo ja tak jej powiedziałem. Po załatwieniu szeregu formalności zostałem przyjęty do marynarki handlowej w Szczecinie. Miałem pracować na stanowisku radiooficera, gdyż moją wojskową specjalnością była radiolokacja. Rejs do Anglii miałem odbyć w grudniu. Napisałem o tym w liście do Marii. Donosiłem jej o tym swoim „wielkim" rejsie, ponieważ marzyłem o nim przez wszystkie poprzednie lata. Odpisała, że jeśli zostanę marynarzem, nie chce mnie znać. Stanąłem przed wyborem: albo morze, albo Maria. Uczucie jednak przeważyło, zrezygnowałem z marynarki. Po zakończeniu służby wojskowej urządziliśmy sobie w Szczecinie małą prywatkę z udziałem dziewcząt o nie najlepszej reputacji. Finał był po prostu niesmaczny, poczułem antypatię do tego środowiska, bo cały czas myślałem o Marii... Nie pojechałem prosto do domu. Jak mogłem najszybciej pojechałem do białostockiego akademika. Całe popołudnie włóczyliśmy się z Marią po plantach, po cmentarzu wojskowym, po okalających miasto zagajnikach. Czułem się bardzo, bardzo szczęśliwy... Musiałem wreszcie przyznać się, że nie mam matury. Nawet nie dała poznać po sobie, że ją to obeszło... Powiedziałem jeszcze, że mam zamiar uczyć się korespondencyjnie. Naukę w korespondencyjnym liceum ogólnokształcącym rozpocząłem z opóźnieniem dwóch i pół miesiąca. W przeciągu kilku tygodni umiałem już tyle, że mogłem konkurować z najlepszymi uczniami, mimo że zbliżało się półrocze. W tym czasie zacząłem pracować w tartaku. Dowoziłem kloce do hali trakowej. Nieraz trzeba było niesamowicie się naharować, ale sprawiało mi to przyjemność, ponieważ pracując fizycznie odciążałem umysł, co znacznie ułatwiało mi naukę. Listy od Marii przychodziły regularnie. Wprawdzie nie jestem może zbyt dobrym psychologiem, jednak po przeczytaniu któregoś listu intuicyjnie wyczułem, że coś tam u Marii nie jest w porządku. Już przedtem pisała mi, że należy do jakiegoś klubu literackiego, w którym panuje bardzo przyjemna atmosfera. W którąś z grudniowych sobót postanowiłem sprawdzić tę , atmosferę". Wsiadłem do pociągu i po trzech godzinach jazdy znalazłem się w mieście Marii. Maria wprowadziła mnie do klubu pisarzy. Właśnie wśród aktualnych i potencjalnych literatów wywiązała się dyskusja. Zdołałem zauważyć, że jeden ze starszych gości często rzuca spojrzenia w kierunku Marii, na co ona odpowiadała, ale starała się ukryć te spojrzenia przede mną. „Kto to jest?" — zapytałem. „Mój kolega. Wydał już trzy tomiki wierszy". „Twój kolega? — zdziwiłem się. — Przecież on ma pewno ze czterdzieści lat". „U nas nie ma różnicy wieku, wszyscy mówią sobie per ty". Postanowiłem mieć ich oboje na oku. Po skończonej dyskusji towarzystwo wybierało się do lokalu. „Maria, gdzie idziemy?" — zapytałem. Po dłuższym namyśle zadecydowała, że do klubu dziennikarzy. Czułem się jak intruz w tym towarzystwie. W dodatku wyczuwałem, że Marii jest nie na rękę moja obecność. Nie spodziewała się mojego przyjazdu... Powiedziałem, że nauka idzie mi dobrze, Maria przytaknęła głową. Usiedliśmy przy stoliku i zaczęliśmy oglądać francuski magazyn mody. Po kilku minutach od grupy osób siedzących przy sąsiednim stoliku oderwał się jakiś mężczyzna i nic pytając mnie o zdanie, przysiadł się do nas. Zupełnie swobodnie, nie zwracając na mnie uwagi, zaczął Marią uwodzić. Z przerażeniem zauważyłem, że oni się znają. Czułem, że dla obu stron teraz się nie liczę. Patrzyłem, jak ów mężczyzna chwycił ręką Marię za kolano. Nie zaprotestowała. Popatrzyłem jej w oczy — patrzyła na mnie obojętnie. Zapytałem ją, czy zechce odprowadzić mnie na dworzec. Nie chciała. Czułem, jak narasta we mnie jakiś bunt, a może rozpacz... Maria milczała. Wiedziałem już, że mnie oszukuje. „Wobec tego skończmy z sobą" — powiedziałem twardo. „Jak chcesz" — odrzekła jakoś ironicznie. Przytrzymałem przez chwilę jej dłoń w swojej ręce. Była bezwładna, obojętna... Ruszyłem szybko przed siebie. Myślałem, że się uduszę z żalu zmieszanego z wściekłością. Uciekł mi pociąg, musiałem nocować na dworcu. Przez cały następny tydzień chodziłem jak pijany, nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Ciekawe, że wtedy myślałem całkiem poważnie o samobójstwie. Koledzy z pracy zachodzili w głowę, co mi się stało. W ostatni dzień grudnia otrzymałem kartkę świąteczną następującej treści: „Kochanemu Alkowi w Nowym Roku dużo szczęścia życzy — Maria". Podarłem ją. Pomyślałem wtedy: „Bilans stu sześćdziesięciu trzech listów poszedł na marne". Na bal sylwestrowy umówiłem się z młodą nauczycielką. Miała przyjechać pociągiem o osiemnastej. Czekałem z kolegą na pociąg, kiedy naraz usłyszałem, że ktoś mnie woła. Poznałem młodszego brata. Powiedział, że przyjechała Maria. Poczułem się tak, jakbym dostał czymś ciężkim w głowę. Coś mną wstrząsnęło... Wytłumaczyłem koledze, jak ma wyglądać ta nauczycielka, i szybko ruszyłem do domu. Maria siedziała w pokoju, rozmawiała z moją matką. Bawiliśmy się tego wieczoru w mojej osadzie rodzinnej. Zdawało się, że miłość trwa nadal, ale widziałem, że zarysowuje się między nami szczelina. Moi rodzice pytali, kiedy weźmiemy ślub, byli ciekawi, czy weźmiemy go w kościele, czy w cerkwi. Maria powiedziała, że jej jest obojętne gdzie. Odjeżdżając z powrotem na studia przyrzekła, że wypisze się z tego klubu literackiego. Za to ja raptem poczułem nagły przypływ chęci tworzenia. Wkrótce wszedłem w grono ludzi zajmujących się twórczością literacką. Pewnego razu spostrzegłem na schodach tego samego mężczyznę, przez którego zerwałem z Marią. Zapytał mnie, gdzie ona mieszka. Zamiast odpowiedzi wzruszyłem ramionami. Wówczas on zaczął opowiadać stojącym obok kolegom, co to za dziewczyna z Marii, i że robił z nią, co chciał. Zrozumiałem wówczas, że moja największa miłość rozsypuje się w gruzy. Na wiosnę Maria przerwała studia. Zaczęła odwiedzać mnie coraz częściej. Nie wiedziałem, co robić, 2a mocno już się zaangażowałem. Nie przeczuwałem, że będzie robić wszystko, abym tylko jej wybaczył. Ale te częste jej odwiedziny pogłębiały tylko rozdźwięk między nami. Czułem przesyt, nic jej jednak o tym nie mówiłem. Widocznie się domyśliła, że zaczynam się powoli wycofywać, gdyż coraz intensywniej starała się. dogodzić mi we wszystkim. Zacząłem pić alkohol, Maria nic mi nie mówiła... Dłużej nie mogłem tego znieść. Napisała list, na który nic odpowiedziałem. Nie odpowiedziałem na drugi, trzeci i czwarty. Na piąty odpisałem, że wszystko między nami skończony. Miałem teraz prawo przypuszczać, że jest łatwa do zdobycia dla każdego mężczyzny. Sąsiedzi, cała społeczność mojej osady — wszyscy byli pewni, że tego lata się ożenię... Może bym się jeszcze zastanowił, gdyby nie przypadek. Otóż wybrałem się pewnego dnia do młodszego brata, który przebywał na obozie harcerskim w miejscowości, gdzie Maria kończyła liceum. Dowiedziałem się od jej koleżanek, że jej pierwsza miłość to profesor francuskiego. W jedenastej klasie odwiedzała go w jego prywatnym mieszkaniu. Nie mogłem w to uwierzyć, lecz przedstawiono mi dostateczne dowody. Któregoś wieczoru w Malczycach rozegrał się finał naszej miłości. Było ciepło, siedzieliśmy w parku na ławce. „Maria, muszę z tobą zerwać" — powiedziałem zupełnie obojętnie. Nic nie odpowiedziała. Była przygotowana na to od dawna. „Ale teraz to już tak naprawdę" — dodałem. Zaczęła płakać. Przez moment coś ścisnęło mnie w gardle, ale opanowałem się. Później rozmawialiśmy trochę o tym profesorze, to znaczy ja mówiłem, ona słuchała. Nic nie odpowiedziała na stawiane jej przeze mnie zarzuty. Jej milczenie było jawnym potwierdzeniem, że jednak to była prawda. Potem powiedziała: „I co ja teraz mam zrobić ze sobą?" Z kolei ja milczałem. Zrobiło mi się nagle jakoś przykro, ale nie mogłem w żadnym wypadku poddać się sentymentowi. Nie ożeniłem się jeszcze, mimo że mam w tej chwili dwadzieścia pięć lat, więc minęło od rozstania z Marią dwa lata. Do tej pory jednak nie spotkałem takiej dziewczyny jak Maria.
|



