Może kiedyś po latach |
Ostatnio dodane
Logowanie
| Nie zdobyłem się na szczerość |
|
|
|
| Prace archiwalne | |||
| Wpisany przez Michael | |||
|
Historia naszej znajomości jest może banalna, może zasługuje na ironiczny uśmiech, nie wiem. Ale na pewno jest prawdziwa. Elżbietę poznałem na wakacjach w małej nadmorskiej miejscowości. Mieszkałem u dawnego kolegi, którego ojciec odnajmował część willi i kilka domków campingowych jednej z warszawskich instytucji. Byłem tam na parę dni przed przybyciem wczasowiczów. Pomagałem w przygotowaniach pomieszczeń dla przyjęcia gości. Rozkoszowałem się słońcem i słoną wodą. Pewnego dnia przed bramą zatrzymał się duży błękitny autokar; kolorowo ubrani, rozkrzyczani wczasowicze zgromadzili się na rozgrzanym słońcem tarasie. Wyznaczono im pokoje. Ona stała nieco dalej, oparta o kamienną balustradę. Wziąłem jej dużą i ciężką torbę podróżną, poprowadziłem ją do wyznaczonego domku. Była z rodzicami i młodsza od siebie, trochę naburmuszoną siostrą. Ojciec jej poprosił, abym zaprowadził ich nad morze. Czekałem, paląc papierosa. Nie wierzę w miłość „od pierwszego wejrzenia", ale tym razem miałem dziwne uczucie, że tak może być. Szliśmy wzdłuż plaży, uśmiechała się nieznacznie. Jej mama głośno zachwycała się zieloną wodą, a młodsza siostra chrupała miętowe cukierki. Byli zdziwieni, gdy powiedziałem, że jestem z Warszawy i wymieniłem nazwę szkoły. Ojciec bąknął nawet coś pod nosem, że jeśli zachował się niestosownie, to przeprasza, bo nie wiedział, sądził, że jestem miejscowy. Rzeczywiście, gdy niosłem walizy, traktowali mnie jak tragarza. Głupstwo. Później było inaczej. Wybrałem się z Elżbietą na daleką wycieczkę w kierunku wydm. Była ładna, lubiłem patrzeć na jej włosy, zielone oczy i długie, kształtne nogi. Uczyła się w warszawskiej szkole baletowej. Ojciec miał na Grochowie zakład krawiecki. Wracając, wiedziałem, że kocham. Trzymałem jej szczupłą dłoń w swojej opalonej ręce. Rozmawialiśmy. Była inteligentna i naiwna, wesoła i nierozsądna. Później często chodziliśmy na plażę, pachnącym olejkiem nacierałem jej ramiona i plecy. Chłodna woda. Popołudniowy brydż. Wieczorne spacery. To było piękne. Trochę to może dziwne, ale pierwszy raz byłem nad morzem. Dotychczas spędzałem wakacje na wsi lub u krewnych po parę dni w Opolu, Skarżysku czy Krakowie". W tym roku po zakończeniu nauki, kiedy otrzymałem cenzurę tylko z dwiema trójkami i kilkoma piątkami, pracowałem jako robotnik fizyczny w przedsiębiorstwie geodezyjnym. Zarobiłem dużo — tysiąc siedemset złotych. Byłem beztroskim młodzieńcem, wydawałem własne pieniądze na cukierki, papierosy i orzeszki w czekoladzie — lubiła je bardzo. Nie znała mnie bliżej, mówiliśmy o sprawach błahych, śmieliśmy się, kąpaliśmy się w morzu. Ona opowiadała trochę o sobie, mówiła chaotycznie, lecz interesująco: o balecie, nauce, rodzinie. realnie, nie ideałem. Nie byłem pewien, czy imponowałby jej chłopiec chodzący w pocerowanej odzieży. Wiedziałem, że nie zrozumie, iż dobrobyt, w jakim żyła, zawdzięcza swemu ojcu, że jest pod tym względem uprzywilejowana. Nie znała kłopotów materialnych, a jeśli miała jakieś problemy, to ja mogłem o nich słuchać tylko z uśmiechem. Wiedziałem, że lubi imponować swym znajomym moją osobą — byłem wesoły i rozmowny, potrafiłem roztrząsać problemy silników samochodowych lub nieoczekiwanie zaoponować, że „boski" i „fantastyczny" piosenkarz jest do kitu. Wzruszali ramionami, ale liczyli się ze mną. Może właśnie to, że musiałem być stale lepszy niż oni, potęgowało niechęć. Elżbieta zaprosiła mnie kilka razy do siebie do domu. Rodzice byli bardzo mili. Lecz kiedy ojciec jej podarował mi piękną, austriacką zapalniczkę, wiedziałem, że rozstanie z Elżbietą musi nastąpić bardzo szybko. Gdy stawiał ją na stoliku, powiedział: „Weź to, mój drogi, sam nie kupiłbyś na pewno". Może miał inne intencje, ale uśmiechnął się tak jakoś dziwnie... Zbliżał się Sylwester, chciałem być z nią u moich znajomych. Napisała do mnie, że wyjeżdża do Zakopanego i żebym przyszedł na dworzec. W czasie ferii miałem praktykę, a ona chciała, abym przyjechał do niej na dwa lub trzy dni i tam w jakimś lokalu powitalibyśmy Nowy Rok. Czekałem przy wejściu na Dworzec Główny. Zobaczyłem ją, gdy wysiadała z taksówki w pięknym futrze, białej puszystej czapie i długich, eleganckich botkach. Stałem w swej czarnej, przykrótkiej jesionce, dłonie bez rękawiczek wcisnąłem w kieszenie. Szła uśmiechnięta obok ojca, chciałem podejść, lecz bałem się światła. Odszedłem szybko, żeby nie zobaczyli
Podświadomie budziły się we mnie obawy. Mój ojciec niewiele zarabiał, mama chorowała, a prócz mnie byli w domu jeszcze młodszy brat i siostra. Nie ubierałem się modnie, brak efektownych ciuchów tuszowałem pewną ekstrawagancją, miałem swój styl — jak mówili koledzy ze szkoły. O, gdyby wiedzieli, oglądając moją nową koszulę, ile czasu spędziła nad nią mama przyszywając nowy kołnierzyk, zmieniając mankiety z obciętego u dołu materiału. Marynarka „połatana" skórą na łokciach, skórzane łaty na spodniach, niezbyt eleganckie, ale praktyczne. Dwie białe koszule. Jesionka, dwurzędówka z wypchanymi rękawami. Elżbieta o tym wszystkim nie wiedziała. Widziała tylko uśmiechniętego, może niezbyt przystojnego, ale na pewno miłego i chyba inteligentnego chłopca. Jasne spodnie, wełniane polo (kupione już z własnej zarobionej pensji) prezentowały się ładnie. Czułem się kimś innym, trochę jak bohater zachodniego filmu, który kładzie na stoliku w kawiarni pieniądze, zostawia nie dojedzone ciastko lub skacze w ubraniu do wody. Swoboda. Ale piękny, słoneczny sierpień dobiegał końca. Pogoda psuła się, jakby chciała mi pomóc w trudnym pożegnaniu iż morzem. Szliśmy z Elżbietą pustą plażą, drobne kropelki deszczu osiadały na naszych twarzach. Rozmawialiśmy długo, mówiła, że mnie kocha, wierzyłem. Chciałem jej wszystko powiedzieć, czułem, że zrozumiałaby nawet sprawy najtrudniejsze, że przyjęłaby moje kłopoty jak swoje. Byliśmy wtedy tak sobie bliscy. Niestety te chwile minęły. Gdybym wówczas był szczery... Wracaliśmy pociągiem, rodzice jej zaprosili mnie, bym odwiedził ich w Warszawie. Spotykałem się z nią w każdą sobotę. Wrzesień był ciepły, spacerowaliśmy po Parku Saskim, Ogrodzie Botanicznym. Było nam dobrze ze sobą. W szkole otrzymywałem stypendium w wysokości dwustu sześćdziesięciu złotych, część jednak musiałem oddawać mamie, resztę miałem dla siebie. A spotkania z Elżbietą były kosztowne, nie liczyła się z pieniędzmi. Dostawała od ojca miesięczną pensję, około pięciuset złotych. Lubiła wydawać pieniądze i umiała to robić. Często płaciła za siebie lub dzieliliśmy sumę na połowę, ale nie zawsze się zgadzałem — może fałszywie pojęta męskość czy honor nie pozwalały mi na to. Po pewnym czasie nasze spotkania zaczęły napawać mnie lękiem. Poszliśmy na prywatkę do jej koleżanki. Byli tam chłopcy w koszulach non iron, dziewczęta w pięknych sweterkach z komisu. Kolorowe i rozkrzyczane towarzystwo. Czułem się jak „kopciuszek", o ile osiemnastoletni chłopiec w XX wieku może mieć podobne skojarzenia. Wyszedłbym chętnie stamtąd pod byle pretekstem, niestety, musiałem siedzieć obok Elżbiety, śmiać się głośno z jakichś głupawych kawałów. Nie podobało mi się towarzystwo tych Albertów, Filipów i Robertów. Kiedy wieczorem odprowadzałem Elżbietę do domu, dowiedziałem się, że jestem gbur i ponury człowiek. Dlaczego? Dlatego że nie wylałem sobie na głowę syfonu wody sodowej, jak to zrobił Albert, który później łaził po mieszkaniu w szlafroku, bo swój szary garnitur z setki rzucił mokry i pomięty obok tapczanu. Dlatego że nie chciałem wziąć udziału w rzucaniu orzeszkami w czekoladzie, które zostawiały brązowe ślady na białej koszuli. Późniejsze spotkania były dla mnie coraz trudniejsze i dla niej chyba też. Mało wtedy rozmawialiśmy, czas wypełnialiśmy głównie oglądaniem filmów. Winę na pewno ponoszę ja, mogłem powiedzieć szczerze i otwarcie, co mnie gnębiło, ale trudno jest mówić o takich sprawach z dziewczyną. A może nie uświadamiając sobie tego jasno, obawiałem się, że Elżbieta nie będzie chciała przedłużać naszej znajomości? Chyba tak... Był to brak do niej zaufania, ale zdawałem sobie sprawę z tego, że jest dziewczyną patrzącą na życie realnie, nie ideałem. Nie byłem pewien, czy imponowałby jej chłopiec chodzący w pocerowanej odzieży. Wiedziałem, że nie zrozumie, iż dobrobyt, w jakim żyła, zawdzięcza swemu ojcu, że jest pod tym względem uprzywilejowana. Nie znała kłopotów materialnych, a jeśli miała jakieś problemy, to ja mogłem o nich słuchać tylko z uśmiechem. Wiedziałem, że lubi imponować swym znajomym moją osobą — byłem wesoły i rozmowny, potrafiłem roztrząsać problemy silników samochodowych lub nieoczekiwanie zaoponować, że „boski" i „fantastyczny" piosenkarz jest do kitu. Wzruszali ramionami, ale liczyli się ze mną. Może właśnie to, że musiałem być stale lepszy niż oni, potęgowało niechęć. Elżbieta zaprosiła mnie kilka razy do siebie do domu. Rodzice byli bardzo mili. Lecz kiedy ojciec jej podarował mi piękną, austriacką zapalniczkę, wiedziałem, że rozstanie z Elżbietą musi nastąpić bardzo szybko. Gdy stawiał ją na stoliku, powiedział: „Weź to, mój drogi, sam nie kupiłbyś na pewno". Może miał inne intencje, ale uśmiechnął się tak jakoś dziwnie... Zbliżał się Sylwester, chciałem być z nią u moich znajomych. Napisała do mnie, że wyjeżdża do Zakopanego i żebym przyszedł na dworzec. W czasie ferii miałem praktykę, a ona chciała, abym przyjechał do niej na dwa lub trzy dni i tam w jakimś lokalu powitalibyśmy Nowy Rok. Czekałem przy wejściu na Dworzec Główny. Zobaczyłem ją, gdy wysiadała z taksówki w pięknym futrze, białej puszystej czapie i długich, eleganckich botkach. Stałem w swej czarnej, przykrótkiej jesionce, dłonie bez rękawiczek wcisnąłem w kieszenie. Szła uśmiechnięta obok ojca, chciałem podejść, lecz bałem się światła. Odszedłem szybko, żeby nie zobaczyli moich zaczerwienionych z zimna rąk, rozklapanych butów i załzawionych oczu... Przysłała kartkę z Zakopanego i list już po powrocie do Warszawy. Nie odpisałem. Nie wiem, czy zrobiłem dobrze, może należało zdobyć się wreszcie na szczerość? Chciałbym ją jeszcze spotkać kiedyś, za parę lat, gdy zajmę ustabilizowaną pozycję w społeczeństwie, może powiedziałbym jej wówczas otwarcie, dlaczego zrezygnowałem z jej zielonych oczu, szczupłych rąk i uśmiechniętego papy.
|



