Może kiedyś po latach |
Ostatnio dodane
Logowanie
| Elżbieta |
|
|
|
| Prace archiwalne | |||
| Wpisany przez Krzysiek | |||
|
Przez wiele lat nie wierzyłem w prawdziwą miłość i przede wszystkim chyba to sprawiło, iż jedyną moją dziewczyną była Elżbieta. Elżbieta i tylko ona. Elżbietę pamiętam zawsze taką, jaka była w pierwszych chwilach naszej znajomości — jako uroczą blondynkę z roześmianymi oczami. Czasem myślę, że kochałem ją już wtedy, gdy po raz pierwszy mówiła mi o sobie, o swojej sympatii dla Żółtych kalendarzy, o szkole, o braciach. Podobnie jak i ja uczyła się w szkole średniej, mieliśmy, więc wspólne tematy do rozmów. Właściwie od początku spotykaliśmy się często. Każdego dnia przynajmniej jedną godzinę rezerwowaliśmy dla siebie. Czas ten spędzaliśmy różnie. Czasem na dłuższym spacerze, czasem na rozmowie w młodzieżowej kawiarni, kiedy indziej znów zapraszała mnie do siebie i w jej pokoju słuchaliśmy płyt. I właśnie te chwile pozwalały mi ją najlepiej poznać. Widziałem łzy w jej oczach, gdy słuchała Niedomówień, widziałem, jak zaciskała wargi wsłuchując się w melodię Małego kwiatka. Z pewnością była bardzo wrażliwa. Wszystko przeżywała głęboko — smutki i radości.Przez kilka miesięcy nie padło z naszych ust żadne słowo o wspólnej przyszłości, mało tego, nie zwierzaliśmy się nawet ze swoich uczuć. Byliśmy sobie obcy, choć równocześnie tak bliscy. Wiedziałem, że nie jestem jedynym chłopcem w jej życiu. Nigdy jednak nie opuszczało mnie przekonanie, iż porzuci każde zajęcie, każde towarzystwo, by spotkać się ze mną. Prawdopodobnie nieprędko uległoby to wszystko zmianie, gdyby nie pewne spotkanie. Któregoś dnia wieczorem natknąłem się na nią w parku. Siedziała na ławce opierając głowę na ramieniu przystojnego dryblasa. Pomimo iż właściwie nie miałem do tego powodów, poczułem się zdradzony. Rozumiałem, że takie stawianie sprawy jest co najmniej nierozsądne, nigdy przecież nie obiecywaliśmy sobie niczego ponad przyjaźń, ale podświadome uczucie było silniejsze od rozsądku. Tam w parku musiałem przejść tuż obok niej, na zawrócenie było już za późno. Wiedziałem, że mnie jeszcze nie widzi, jednakże za chwilę będzie musiała dostrzec moją sylwetkę. Drżałem z obawy, aby nie domyśliła się, ile wysiłku kosztowało mnie przebycie kilkunastu kroków. W bezsensownym odwecie zadzwoniłem do niej i odwołałem nasze najbliższe spotkanie. Prędko odłożyłem słuchawkę. Nie chciałem słyszeć jej pytań. Pytań, na które nie umiałem znaleźć odpowiedzi. Przez kilka następnych dni nie widziałem jej. Właściwie nie przez dni, lecz przez wiele długich godzin wypełnionych bezsensownym oczekiwaniem. Spotkałem ją dopiero po kilku dniach któregoś wieczoru. Niespodziewanie ukazała się kilkanaście metrów przede mną w bramie jakiegoś budynku. Zatrzymała się na chodniku i usiłowała poprawić rozwiewane przez wiatr jasne włosy. Początkowo chciałem udawać, że jej nie widzę, ale potem rozmawialiśmy tak jak dawniej, jak gdyby nic między nami nie zaszło. Później ujęła mnie pod ramię i ruszyliśmy przed siebie. Czułem się winny. Rozumiałem, że zepsułem jej i sobie ostatnio dni tymi głupimi dąsami. Wstydziłem się tego i za żadną cenę nie chciałem dopuścić do rozmowy na ten temat. Jeszcze tego dnia byliśmy w kinie. Gdy zgaszono świniła, położyła głowę na moje ramię. Czułem lekki zapach jej włosów. Wiedziałem, że nie interesuje się filmem. W pewnej chwili odwróciła się. „Przepraszam cię za tamto — powiedziała cicho. — To się już nigdy nie powtórzy". Przez długie sekundy nie mogłem zdecydować się na wypowiedzenie choćby jednego słowa. W skroniach czułem pulsowanie krwi. Przez chwilę wpatrywała się w ekran, lecz znowu skierowała na mnie spojrzenie prześlicznych szaroniebieskich oczu. Podobnie chyba było i z Elżbietą. W trzy miesiące później dostałem od niej list. „Wszedłeś w mój świat niespodziewanie. Twoja obecność wykazała mi całą pustkę mojego dotychczasowego życia. Teraz przeszłość utraciła już znaczenie. Mój świat marzeń, w którym żyłam, w którym zamykałam wszystkie troski i radości, rozwiał się już przed trzema miesiącami, wtedy w kinie. Wtedy przekonałam się, że uczucie, które nas łączy, jest o wiele piękniejsze od przyjaźni. Podobno w naszym wieku nie istnieje prawdziwa miłość, miłość, na którą można liczyć. Ale ja nie chcę na nic liczyć, nie chcę myśleć o przyszłości, bo ona może nas kiedyś rozdzielić. Wierzę tylko w jedno, w to, że kocham ciebie" — pisała w pierwszym liście z sanatorium. Chorowała na zapalenie opłucnej. Jej pobyt w sanatorium oznaczał dla nas czterotygodniowe rozstanie. Jedyną nicią, która nas łączyła, były listy, no i naturalnie — uczucie. Pisywaliśmy do siebie często, kilka razy tygodniowo. Pomimo tego brakowało mi jej obecności. Dni rozłąki płynęły wolno i monotonnie. W dwa tygodnie po jej wyjeździe postanowiłem ją odwiedzić. Zbliżały się święta. W listach planowaliśmy wspólne spędzenie Sylwestra. Przywitała mnie w hallu. Wiedziała, że przyjadę, jednak gdy mnie ujrzała, w jej oczach widać było wzruszenie. W tej chwili wydawała mi się jeszcze ładniejsza niż zwykle. Czternaście dni kuracji prawie całkowicie przywróciło jej zdrowie. Wieczorem musiałem wracać... Przez wiele minut przeciągałem moment rozstania. Na tydzień przed planowanym powrotem z sanatorium Elżbieta pisała, że jedzie z rodzicami do Wrocławia. Podczas prześwietlenia okazało się, iż potrzebne są dodatkowe badania w specjalistycznej klinice. Jakieś plamy na płucach... Tak przynajmniej wynikało z treści listu. Wróciła niespodziewanie i byłem zaskoczony słysząc jej głos w słuchawce telefonu. Właśnie rozpoczynały się ferie świąteczne. Mogłem więc bez żadnych trudności spędzać z nią całe popołudnia. Znów byliśmy razem. Siedzieliśmy w zacisznym kąciku kawiarni. Mówiliśmy: „kocham" i rozumieliśmy treść tego słowa. Trzymałem jej rękę. Z zabawną miną rozkapryszonego dziecka domagała się papierosa. Chwilami wybuchała tłumionym śmiechem, z naiwną radością wskazywała wirujące za firanką płatki śniegu. Byliśmy szczęśliwi. Miłość, która nas łączyła, była uczuciem czysto platonicznym. Nasze pocałunki zawierały większą dozę tkliwości niż pożądania. Gdy ją obejmowałem, gdy czułem dotyk jej ramienia, nie myślałem o przeżyciach seksualnych. Wszystko zmieniło się w czasie Nowego Roku. Sylwestra spędziliśmy na prywatce u Anki, najlepszej przyjaciółki Elżbiety. Bawiliśmy się w gronie typowo młodzieżowym, przy dźwiękach piosenek „Czerwonych Gitar", Beatlesów, no i naturalnie Szczepanika. Wtedy po raz pierwszy od czasu choroby Elżbieta była smutna. Oczami bez wyrazu patrzyła wprost przed siebie. Tylko w momentach gdy ktoś opowiadał jakiś dowcip, zmuszała się do lekkiego uśmiechu. Widziałem, że robi to z wyraźnym przymusem. Nigdy nie przepadała za alkoholem, ale wówczas piła więcej niż zwykle. Siedziała wciąż milcząca z opuszczoną głową, W ręku gniotła nie zapalonego papierosa. Wreszcie wyprostowała się. „Proszę cię — szepnęła — wyjdźmy stąd..." W przedpokoju wyjęła z torebki chusteczkę i wytarła nią mocno zaczerwienione oczy. Musiała niedawno, płakać. „Pójdziemy do mnie — powiedziała na ulicy. — Pójdziemy do mnie, chcę być tylko z tobą". Kilkanaście minut później otwierała drzwi mieszkania. Nie zdejmując płaszcza wyjęła z szafki otwartą butelkę jugosłowiańskiego wermutu. Domyślałem się, po co mnie tu przyprowadziła, domyślałem się, na co była zdecydowana. Usiadła na tapczanie z kieliszkiem w dłoni. Patrzyła, jak drżąc z nie znanego mi dotąd podniecenia nalewałem do kieliszków wino. Jeszcze wtedy mogłem się wycofać, mogłem uznać, że jej zachowanie dyktowane jest zamroczeniem. Piła przecież dużo więcej niż powinna. Jednakże nie odszedłem. Zostałem razem z nią. Przecież właściwie mieliśmy do tego prawo — kochaliśmy się. Gdy wychodziłem z jej mieszkania, płakała. Bezskutecznie próbowałem ją uspokoić. Później uważałem, że nie powinno było do tego dojść, że Elżbieta nie powinna się była na to zdecydować. Po raz pierwszy nie mogłem jej zrozumieć. Owa noc sylwestrowa brutalnie wkroczyła w naszą miłość. Właściwie to powinno nas łączyć, czułem jednak, iż jest wprost odwrotnie. Ela wydawała mi się mniej bliska niż dotąd. Wiedziałem, że coś przede mną ukrywa. W pierwszym tygodniu nowego roku stało się to, czego najmniej się spodziewałem. Wracając z toru narciarskiego spotkałem Elżbietę. Zachowywała się dziwnie. Unikała wszystkich miłych gestów, do których zdążyłem już przywyknąć. „Nie możemy wciąż żyć tą młodzieńczą miłością" — zaczęła w pewnym momencie. Szliśmy ulicą wśród odświętnie udekorowanych wystaw i kolorowych neonów. Zatrzymałem się i usiłowałem odczytać z jej twarzy, co ma na myśli. Unikała mojego spojrzenia. Wiedziałem, że nie mówi prawdy. Usta jej nerwowo drżały, gdy ciągnęła dalej: „Nie wolno nam na tak nieprzemyślanym uczuciu budować przyszłości. I tak kiedyś mielibyśmy siebie dość... Kiedyś..." Głos jej załamał się. Gorączkowo wdychała mroźne powietrze. „Zresztą przekonałam się, że nie kocham ciebie... Nie kocham" — prawie krzyczała. Gwałtownie odwróciła się i odeszła. Długo stałem bez ruchu. Odeszła, nim zdążyłem uczynić jakikolwiek gest. W uszach wciąż dźwięczały mi jej słowa: „nie kocham ciebie". Odtąd wszystko, co nas łączyło, przestało się liczyć. Ela unikała mnie. Przestała bywać w miejscach, gdzie moglibyśmy się spotkać. Płynęły długie zimowe wieczory, puste dni i bezsenne noce. Chociaż czas zacierał w mojej pamięci kontury jej twarzy, wiedziałem, że nigdy nie potrafię całkowicie zapomnieć o jej istnieniu. Kilka dni po zakończeniu roku szkolnego w pawilonie CDT spotkałem jej ojca. Ujrzawszy mnie zatrzymał się przy samym wyjściu. Ostatnio bardzo się zestarzał, robił wrażenie człowieka zrezygnowanego. „Szukałem pana — stwierdził bezbarwnym głosem, gdy podszedłem do niego. — Nie wiem, czy pan wie, że Ela jest nieuleczalnie chora — mówił teraz tak cicho, i z trudnością odróżniałem poszczególne słowa. — Jest już umierająca. Leży w klinice Uniwersytetu Wrocławskiego... Ma daleko zaawansowanego raka płuc. Praktycznie nie ma już żadnej szansy — jego głos chwilami załamywał się. — Za dwa dni jadę do niej. Teraz jest z nią żona. — Gwałtownym ruchem wyjął z kieszeni złożoną wpół kopertę. — Niech pan to przeczyta — wcisnął mi ją do ręki. — Nie jestem teraz w stanie rozmawiać... Gdyby chciał pan ją zobaczyć, proszę zatelefonować". W kopercie znalazłem dwie niewielkie kartki wyrwane z jakiegoś zeszytu. Obie zapisane były jej pismem. Spostrzegłem, że muszą to być urywki z jej pamiętnika. „30 grudnia. Dzisiaj dowiedziałam się, iż moje życie straciło wszelki sens. Przeżyłam wielki wstrząs. Za jakieś osiem miesięcy będę musiała umrzeć. Jestem chora na raka. Sprawdziły się moje najgorsze obawy, w które zresztą dotychczas nie wierzyłam. Ileż bym oddała za to, by o niczym nie wiedzieć. Głupia ciekawość skłoniła mnie do otwarcia adresowanego do tatusia listu. Przeczytałam go tylko dlatego, że na odwrocie koperty jako nadawca podany był ośrodek leczniczy, w którym mnie badano. Okazało się, iż pismo jest oficjalnym zawiadomieniem o wykryciu w moim organizmie nowotworu złośliwego. Na próby leczenia jest już za późno. Nawet usunięcie prawego płuca nie może dać pozytywnych rezultatów. Również kuracja promieniami Roentgena nie zdoła ocalić mego życia. Płakałam, jeśli to w ogóle można nazwać płaczem. Ryczałam w bezsilnej rozpaczy. Muszę umrzeć, nim zdążą poznać prawdziwy sens życia. Odejdę stąd po kilkunastu latach istnienia, latach zmarnowanych na nauce. Uczyłam się dla przyszłości i cóż to wszystko warte jest teraz, gdy wiem, że nigdy nie będę tej przyszłości miała. Gdy minął pierwszy szok, zapadłam w stan dziwnej obojętności. Zaklejony list włożyłam z powrotem do skrzynki. Nie chcę, by ktokolwiek wiedział, że go przeczytałam, nie chcę ostatnich miesięcy życia spędzić wśród litościwych spojrzeń. Nie chcę, by nawet rodzice otwarcie wyrażali swoją litość. Oni sami nigdy nie zdobędą się na to, aby poinformować mnie o moim stanie. 31 grudnia. W nocy nie spałam, doszłam do wniosku, że zbyt mało zostało mi czasu, by marnować go na spanie. Myślałam o K. Zrobię chyba coś, na co w innych okolicznościach nigdy bym się nie zdobyła. Za każdą cenę odejdę od niego. Kocham go i nie mogę zawieść jego miłości. Nie mogę powiedzieć mu prawdy, lecz również nie mogę go oszukać. Potem może być za późno na rozstanie. Nie mogę złamać mu życia tylko dlatego, iż go kocham. Nie chcę, by zbyt mocno przeżywał moją śmierć. Wolę, aby mną gardził, by mnie nienawidził. Kochany,, gdybyś wiedział, ile kosztuje mnie ta decyzja. Wierzę tylko w ciebie i boję się, że w ostatniej chwili się wycofam, że nie zdobędę się na rozłąkę. Wówczas musisz mi wybaczyć. Teraz znów płaczę..." W połowie zdania urwała się treść. Skończyła się wyrwana kartka. Po raz pierwszy od lat nie mogłem powstrzymać szlochu. Elżbietę widziałem jeszcze tylko jeden raz. Bladą, leżącą z rozpuszczonymi włosami. Była półprzytomna, wycieńczona częstymi zastrzykami morfiny. „Wybacz mi — szeptała, usiłując zachwycać się kwiatami, które jej przyniosłem. — Wiem, że byłam głupia..." Umarła w dwa dni później, gdy zawiodły wszelkie próby przedłużenia jej życia.
|



